czwartek, 10 września 2015

Toruńskie dziedzictwo utracone


Przedstawiamy Państwu nasz tekst, który powstał z okazji Europejskich Dni Dziedzictwa 2015, których tematem przewodnim jest "Utracone Dziedzictwo".

Brama Mostowa, czy Krzywa Wieża to zabytkowe obiekty znane każdemu mieszkańcowi Torunia, jak i turyście przybywającemu w odwiedziny do Grodu Kopernika. To jedne z największych skarbów miasta, pamiętające czasy średniowiecza. Takich architektonicznych skarbów Toruń miałby więcej, gdyby w XIX stuleciu myśl propagująca rozwój i rozbudowę miasta spotkała się z myślą wskazującą na ochronę dziedzictwa. Mimo protestów przedstawicieli lokalnej społeczności, znaczna część murów obronnych Torunia została zrównana z ziemią. Tak było ponad 100 lat temu. 1945 rok zastał zabudowę naszego miasta niemal nietkniętą. Szczęścia, które spotkało Toruń, nie doceniono i nie docenia się nadal. Hasła niszczenia w imię rozwoju są nadal aktualne.

Fort XII – zniszczony prawy kojec
przeciwskarpowy z nadbudowaną
wartownią, fot. A. Kowalkowski
Fort XV – wysadzona prawa
kaponiera barkowa,
fot. A. Kowalkowski
Wysadzony w powietrze
schron piechoty J-27,
fot. A. Kowalkowski
Po zakończeniu II wojny światowej, administrowane do tej pory przez wojsko toruńskie fortyfikacje powoli zaczęły przechodzić w cywilne, wtedy tylko państwowe ręce. Miasto stało się właścicielem obiektów, z którymi, tak naprawdę nie wiedziało co zrobić. Na szczęście dość szybko znaleźli się najemcy, dla których specyficzny mikroklimat wewnątrz grubych ścian był wprost wymarzony. Powstały tam piwnice i wytwórnie win oraz zakłady zajmujące się m.in. hodowlą pieczarek. Jednakże wraz z nowymi gospodarzami na poniemieckie obiekty wkroczyło także Toruńskie Przedsiębiorstwo Robót Rozbiórkowych (zwane też rozbiórkowo-porządkowym) i to właśnie ono jest odpowiedzialne za największe zniszczenia fortecznych obiektów. Zadaniem TPRR było pozyskiwanie cegły na odbudowę Warszawy, która straciła podczas II wojny ponad 65% zabudowy. Jednak toruńskie obiekty forteczne, co prawda wykonane z doskonałej jakości cegły, były bardzo trudne w rozbiórce: nie chciały się poddać kilofom robotników (poza obmurowanymi ścianami fos). Użyto więc dużo bardziej drastycznych metod zniszczenia, zakładając ładunki wybuchowe wewnątrz obiektów, ale i tak ilości pozyskanych cegieł były mizerne. Wkrótce zwrócono uwagę na mury otaczające forteczne fosy. Przez następne dwa lata rozebrano oskarpowanie fos wszystkich ośmiu fortów pośrednich i trzech głównych (VII, XI i XV). Najwięcej szczęścia miał Fort IV, którego mury, już przygotowane do rozbiórki, uratowała decyzja ówczesnego miejskiego konserwatora zabytków Pana Bohdana Rymaszewskiego. Uznał on, wbrew powszechnym opiniom, że te – jak określała ówczesna prasa – nikomu niepotrzebne pamiątki zaborczego ucisku, są cennymi zabytkami godnymi zachowania dla potomnych. Co ważne, decyzja ta zapadła na wniosek społecznych opiekunów zabytków, którzy sami opracowali dokumentację poszczególnych obiektów, tak ważną w późniejszych wpisach do rejestru zabytków. Niestety, zniszczeń pozostałych obiektów nie dało się cofnąć. Do tego zwieńczającą mury fosy kutą stalową kratę najczęściej, poza nielicznymi wyjątkami, złomowano (do niedawna jej przerobione elementy stanowiły m. in. ogrodzenie starego stadionu żużlowego). Pozbawione osłony forty szybko stały się łakomym kąskiem dla wszelkiego rodzaju pozyskiwaczy złomu i zwykłych chuliganów dewastujących dla czystej przyjemności – a tych po upadku firm rezydujących w fortach, w opuszczonych z reguły obiektach do dziś nie brakuje. Proces ten postępuje. W ostatnich miesiącach Fort XI, a zarazem i my wszyscy - stracił napisy jeńców alianckich tam przetrzymywanych. Te niezwykłe pamiątki ciężkich czasów nie zdążyły nawet doczekać inwentaryzacji. Właściciel, który odpowiada za obiekt, pozostaje bezkarny.
Twierdza Toruń pozostawiła po sobie również innego rodzaju pamiątki, a mianowicie domy w konstrukcji fachwerkowej. Zgodnie z przepisami budowlanymi na przedpolu twierdzy budynki należało budować w technice tzw. „muru pruskiego”, by móc je rozebrać w przypadku działań wojennych. Kilkadziesiąt „pruskich murów” rozebrano lub orzeczono o rozbiórce w ciągu zaledwie trzech ostatnich lat. Padły ofiarą budowy dróg, chciwości i... uprzedzeń. Wbrew panującej powszechnie opinii, nie były to zabudowania o charakterze tymczasowym. Ciężko jednak w to obecnie uwierzyć, najpiękniejsze przykłady takich obiektów – tworzone z pietyzmem, na podstawie najlepszych projektów i przebogato zdobione: przy ulicy Krasińskiego 15a, ul. Bydgoskiej 35 czy 26, już odeszły. Przeminęły one z wiatrem i pyłem, który opadł na ich ruiny, gdy dopaliły się zgliszcza i wystygły popioły pożarów, które w zadziwiający sposób strawiły tak wiele zabytków w mieście.
ul. Krasińskiego 15, fot. J. Bloch
 ul. Bydgoska 35, fot. J. Bloch
ul. Bydgoska 26,
rekonstrukcja K. Snochowski
Wspomniane adresy to przykłady wyjątkowej zabudowy, dla której wspólnym mianownikiem jest lub była drewniana konstrukcja szkieletowa, fantazyjny kształt i wygląd samej bryły budowli, jak i ich elementów zdobniczych i detali upiększających i dodających bajkowego wprost charakteru poszczególnym budynkom, ale też i całej dzielnicy. I tak, przy ulicy Zygmunta Krasińskiego 15a, przez blisko 100 lat oglądać można było szkieletową willę w stylu secesyjnym, zbudowaną (według projektu architektów uznanej berlińskiej pracowni Erdmann i Spindler, tej samej, która zaprojektowała istniejący jeszcze, ale obecnie w bardzo złym stanie technicznym, budynek przy ul. Bydgoskiej 50/52) w latach 1902-1912 dla Juliusza Grossera, toruńskiego przedsiębiorcy budowlanego. Żywot willi zakończył się w roku 2006 pożarem, bezpowrotnie dla Torunia, choć, dzięki staraniom prywatnego inwestora i zaangażowaniu toruńskiego miejskiego konserwatora zabytków, ocalałe z pożaru elementy zostały przeniesione w okolice Golubia-Dobrzynia, gdzie willa została odbudowana, jak feniks z popiołów. Inny los spotkał dom przy ulicy Bydgoskiej 35, który, po pożarze zimą 2006 roku, został szybko rozebrany i materialny ślad po nim zaginął, choć niedawno okazało się, że zbudował go i w nim mieszkał Reinhard Uebrick – zasłużony toruński budowniczy, którego imię nosiła niegdyś ulica Kujota. Niemal naprzeciw niego znajduje się kolejny szkieletowy budynek, równie znany, jak dwa wspomniane wcześniej. Numer 26 to w tej chwili zrujnowana i skazana na rozbiórkę willa-pensjonat, która spłonęła w październiku 2013 roku; żywioł pochłonął wówczas trzy ludzkie istnienia. Jeśli willa, zanana jako „Zofijówka” zniknie na zawsze, ulotni się także jej niezwykła historia, sięgająca roku 1876 (kiedy Wilhelm Pastor postawił tu budynek mieszkalny i zabudowania tartaku), a naznaczona najbardziej czasami nowo odrodzonej Polski, za sprawą ówczesnej właścicielki domu, Kazimiery Żuławskiej, która utworzyła pensjonat stanowiący odtąd mekkę dla wielu artystów i intelektualistów i to nie tylko lokalnych: Stanisława Witkiewicza, Karola Zawodzińskiego, czy Juliusza Osterwy.
Los wspomnianych powyżej miejsc, ale i wielu im podobnych, zarówno w Toruniu i w innych miejscach w kraju, przypieczętowany został w chwili, gdy w powojennej Polsce do głosu doszły władze, które w dotychczas ustabilizowane struktury właścicielskie zaangażowały nową ideologię o równym podziale dóbr. Duże i samodzielne dotychczas mieszkania w kamienicach, zostały dzielone na mniejsze lokale, w których kwaterowano osoby o różnym statusie materialnym i pochodzeniu. W spauperyzowanym społeczeństwie ciężko było o środki na remonty. Co gorsza, brakło również i woli. Właściciele i administratorzy do dziś tłumaczą się brakiem środków na realizację napraw, czy większych renowacji, nie podejmowali żadnych kroków, aby poprawić kiepską niejednokrotnie sytuację techniczną budynków, co – w wielu już przypadkach – doprowadziło do tragicznych pożarów, niosących nie tylko straty materialne, ale i ofiary ludzkie. Dodatkowo do całości problemu dokłada się brak wolnych działek w atrakcyjnych punktach miasta w centrum miasta, pozwalających na realizację nowej zabudowy. Lobby deweloperskie przyśpiesza procesy degradacji historycznej zabudowy, wiedzione chęcią zarobku. Pytanie brzmi, czy da się wycenić zabytek?
Polskie Radio, fot. P. Kożurno
Dom Społeczny - po remoncie, fot. P. Kożurno 
Dworzec PKS, fot. M. Pszczółkowski
Rozbiórki i wątpliwej jakości modernizacje dotyczą także obiektów nieco, a nawet dużo młodszych, ale także wartościowych, m.in. dotyczy to licznych interesujących przykładów architektury modernistycznej, związanych z architektonicznym rozwojem miasta w okresie międzywojennym. Modernizm przez wielu niesłusznie postrzegany jest jako styl niezbyt atrakcyjny i nie zasługujący na ochronę ze względu na czas powstania i nowoczesne formy, oceniane jako pozbawione wartości zabytkowych. Być może właśnie dlatego niektóre z wybitnych realizacji toruńskiego modernizmu zostały w ostatnich latach poddane różnego rodzaju ingerencjom budowlanym; niestety, większość z tych prac świadczy o braku poszanowania i zrozumienia dla tej formy architektonicznej. Do takich obiektów należy stacja Polskiego Radia na Stawkach, zrealizowana z latach 1934–35, jako pierwszy obiekt Polskiego Radia, wybudowany całkowicie z krajowych materiałów oraz według koncepcji polskich inżynierów. Obecnie w budynku trudno doszukać się dawnej formy i funkcji. Został adaptowany na mieszkania, w związku z tym część kubatury nadbudowano oraz wykuto dodatkowe otwory okienne. Ponadto ocieplenie elewacji za pomocą tynku na styropianie spowodowało, że awangardowy charakter architektury uległ całkowitemu zatarciu. W podobny sposób poddano renowacji gmach dawnego Domu Społecznego im. Józefa Piłsudskiego, od 1945 roku do dziś pełniący funkcję domu studenckiego. W ramach renowacji (2005) cechy architektury funkcjonalistycznej uległy zatarciu. Biała kolorystyka budynku została zastąpiona pistacjową w odmianie ciemniejszej i jaśniejszej, usunięto także charakterystyczny detal architektury awangardowej w postaci metalowej sterczyny-anteny.
Największą jednak stratą dla toruńskiej architektury modernistycznej jest los budynku dworca autobusowego z lat 1938–39. Był to jeden z bardzo niewielu przykładów dużego obiektu przedwojennego o takim przeznaczeniu. W okresie międzywojennym rzadko inwestowano w budynki dworców autobusowych, zwłaszcza dużych i reprezentacyjnych, w przeciwieństwie bowiem do państwowej komunikacji kolejowej, transport autobusowy w latach 1920-1939 był domeną drobnych przewoźników prywatnych. W 2007 roku budynek został sprzedany jednemu z prywatnych koncernów, który zdecydował o rozbiórce. Pomimo sprzeciwu społecznego (w tym środowiska architektów) i przeprowadzonej kampanii społecznej w obronie dworca, miejskie służby konserwatorskie nie zdołały przeprowadzić odpowiednich procedur. W 2008 roku przestała istnieć zarówno charakterystyczna bryła dworca, jak i otaczających go pomieszczeń dawnej stacji kontroli Fiata. Na ich miejscu stanął supermarket i stacja benzynowa, stając się niemal symbolem ekspansji wszystkiego co nowe, a niekoniecznie wartościowe.
Pożegnaliśmy nie tylko forty i schrony, pruskie mury i skarby modernizmu. Milczącymi świadkami przeszłości są drzewa, założenia parkowe oraz cmentarze. Zupełnie niedawno straciliśmy Lipę Rabina Kaliszera wraz z częścią dawnego zadrzewienia cmentarza żydowskiego. Wobec braku zachowanych nagrobków były to niemal ostatnie elementy dawnego cmentarza. Straciliśmy jeden z dwóch zaledwie platanowców w Toruniu – przy obecnej Izbie Lekarskiej, a zasadzony ręką rodziny Weese na dziedzińcu ich pałacyku.
Dawny cmentarz satroluterański,
fot. P. Kożurno
Toruń po 1945 roku pożegnał również cmentarze: staroluterański przy cmentarzu św. Jerzego, większość struktury zabytkowej cmentarza św. Jerzego, cmentarz ewangelicki przy ul. Poznańskiej (starszy) i żydowski przy ul. Antczaka, cmentarz komunalny przy ul. Turkusowej/Rubinowej. Wszystkie zostały zlikwidowane przez władze miasta. Myliłby się ten, kto przypuszczałby, że zostały zlikwidowane w poprzednim ustroju. Ostatni z wymienionych zniknął już w nowym millenium. Obecnie istnieje możliwość utraty zielonego symbolu Mokrego – wiązu z ulicy Wiązowej. Pytanie brzmi: czy tędy droga?
Wiąz przy ul. Wiązowej,
fot.A. Zglińska
Toruń jest miastem historii. I to najróżniejszych, sięgających dawnych, odległych wieków, ale i czasów znacznie nam bliższych. Świadków dawnych dni jest ogrom, w tym wypadku nie idzie tu jednak o ludzi, a o wytwory ich rąk, to co pozostało po ich umysłach, talencie, wrażliwości, artyzmie oraz o przyrodę, która im towarzyszyła. Nie są to tylko kościoły wyburzone podczas wojen napoleońskich, ani wspomniane na początku umocnienia wokół Starówki rozebrane przez Prusaków w 80. latach XIX wieku. Rzecz w tym, iż współcześnie, na naszych oczach, gasną zabytki, które można uznać za wzór architektonicznego piękna, harmonii oraz wyszukanego smaku. Proporcjonalne wymiary, smukłe kształty, gustowne i dopracowane w szczegółach detale charakteryzowały budynki, które na zawsze już zniknęły z krajobrazu miasta: domy, wille, schrony, forty, obiekty przemysłowe, miejsca użyteczności publicznej i zieleń, która niegdyś była dla mieszkańców i włodarzy miasta tak samo ważna, jak własny dach nad głową. Czy ochrona kulturowego dziedzictwa ma się sprowadzać jedynie do dbałości o zabytki najstarsze, zgodnie z hasłem „Gotyk na dotyk”? A dziedzictwo nowsze? Czy ono nie wymaga uwagi, poświęcenia i ochrony? Odpowiadając na jedno z wcześniejszych pytań: nie tędy nasze miasto powinno kroczyć.  


Towarzystwo Opieki nad Zabytkami Oddział w Toruniu:
Jacek Bloch
Adam Kowalkowski
Michał Pszczółkowski
Tomasz Stochmal
Anna Zglińska


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza